Opowiadanie “Poranek” (Asa) opublikowane zostało w piśmie Shinshichō w 1947 roku. Jest to pierwsze polskie tłumaczenie tego tekstu, w którym czytelnik z pewnością znajdzie znajome motywy, które pojawiają się też w innych tekstach Dazaia, choćby Zmierzchu, którego nowe wydanie nakładem Tajfunów ukazało się pod koniec stycznia 2019.
Tłumaczenie: Anna Wołcyrz
Najbardziej lubię dobrą rozrywkę i nawet gdy pracuję w domu, oczekuję skrycie, że odwiedzi mnie przyjaciel z daleka. Gdy usłyszę, jak z trzaskiem rozsuwają się frontowe drzwi, marszczę brwi i zaciskam usta, ale serce skacze mi z uciechy. Pośpiesznie zgarniam zapisane kartki, żeby wyjść gościowi na powitanie. − Ach, nie chciałem przeszkadzać w pracy! − Nie ma o czym mówić – odpowiadam.Po czym wychodzimy razem się zabawić. Tym sposobem jednak pisanie za nic nie posuwa się do przodu. Żeby temu zaradzić, wynająłem w tajemnicy niewielki pokój do pracy. Nawet domownicy nie wiedzą, gdzie się znajduje. Co rano, około dziewiątej, biorę przygotowany dla mnie posiłek i idę pracować do wynajętego gabinetu. Oczywiście nikt mnie tam nie odwiedza, mogę więc pisać zgodnie z przyjętym planem. A jednak popołudniami, około trzeciej, przychodzi zmęczenie, zaczynam tęsknić za towarzystwem i zabawą; czekam na odpowiedni moment, by zakończyć fragment i wracam do domu. Po drodze zdarza mi się wstąpić na oden[1] i trwonię w barze czas do późnego wieczora. Mój gabinet. Tak naprawdę jest to mieszkanie pewnej młodej kobiety. Codziennie rano wychodzi do pracy w banku przy Nihonbashi. Gdy przychodzę, jej już nie ma. Piszę cztery, pięć godzin i wychodzę, zanim ona wróci. Nie jest bynajmniej moją kochanką. Znałem jej matkę, która – z pewnych powodów – zostawiła córkę samą i wyjechała na północ, do rejonu Tōhoku[2]. Czasem przesyła mi listy, w których radzi się mnie w temacie zamążpójścia córki. Spotykam się więc z kandydatami i odpisuję: tak, ten kawaler będzie dobrym mężem, popieram, jakbym sam był wielce obeznany w temacie swatów. Zdaje mi się, że ostatnimi dniami córka woli radzić się w męskim temacie mnie, niż własnej matki. − Kiku, wiesz, widziałem niedawno twojego przyszłego męża – mówię. − Ach tak? Co myślisz? Trochę bufon z niego, nie uważasz? − Cóż, taki los. W porównaniu ze mną, każdy mężczyzna wyda ci się głupszy niż jest. Przymknij na to oko. − Pewnie masz rację. Dziewczyna była gotowa wyjść za mąż za tego młodzieńca. Wczoraj nie żałowałem alkoholu. Szczerze mówiąc, piję co wieczór, nie byłoby więc w tym wydarzeniu nic niezwykłego, gdyby nie to, że wracając z gabinetu, spotkałem przy stacji dawnego przyjaciela i, niewiele myśląc, zaprosiłem go na oden i sporo wypiliśmy. Gdy trunek zaczynał nam uderzać do głowy, w drzwiach stanął mój redaktor z butelką whisky w ręku i okrzykiem: „Wiedziałem, że cię tu znajdę!”. Dołączył do nas i opróżniliśmy razem butelkę. Zacząłem się poważnie martwić, że wieczór skończy się wymiotami i chorobą, i że czas już w drogę, gdy nagle mój przyjaciel zaproponował, że teraz jego kolej – poprowadził nas na pociąg i pojechaliśmy do jego ulubionej małej knajpki, gdzie postawił nam sake. Gdy w końcu żegnałem się z przyjacielem i redaktorem, z upojenia nogi odmawiały mi posłuszeństwa. − Przenocuj mnie. W tym stanie nie dojdę do domu. Usnę tu i teraz. Proszę! Wlazłem pod kotatsu[3] i zasnąłem od razu, w wierzchniej pelerynie. Obudziłem się w środku nocy. Dookoła ciemność. Przez pierwsze kilka sekund, wydawało mi się, że śpię u siebie w domu. Poruszyłem palcami u stóp i odkryłem, że wciąż mam na sobie skarpetki. A niech to. Szlag! Ach, który już raz przytrafia mi się taka historia, setny? Tysięczny? Westchnąłem ciężko. − Za zimno? Usłyszałem w ciemności głos Kiku. Spała naprzeciw mnie, po drugiej stronie rozgrzanego kotatsu. − Nie, nie jest mi zimno. Podniosłem się. − Nie przeszkodzi ci, jeśli wysikam się przez okno? − zapytałem. − Proszę. Tak będzie ci łatwiej. − Nie mów tylko, że też tak czasem robisz. Wstałem i przekręciłem włącznik lampy. Nie świeci. − Nie ma prądu − powiedziała cicho Kiku. Po omacku ruszyłem w stronę okna, ale potknąłem się, chyba o Kiku. Siedziała nieporuszona. − Wybacz − mruknąłem pod nosem. Wreszcie wyczułem ręką zasłonę, pociągnęłam i otworzyłem okno. Po chwili usłyszałem dźwięk strumienia moczu. − Na biurku masz tę książkę, „Księżną de Clèves”[4] − powiedziałem, wyciągnąwszy się z powrotem na dawnym miejscu. − Damy w tamtych czasach załatwiały się w pałacowych ogrodach albo w ciemnych przejściach pod schodami. To właśnie szlachta sika przez okno. − Jeśli chcesz się jeszcze napić, przyniosę ci butelkę. Szlachta pija w łóżku, prawda? Chciałem. Ale widziałem, że gdy wypiję, przekroczę pewną granicę. – Szlachta nie lubi ciemności, w głębi serca to wszystko tchórze. Gdy jest ciemno, mrozi ich ze strachu. Nie masz przypadkiem świeczki? Napiję się, jeśli zapalisz świeczkę. Kiku wstała w milczeniu. Po chwili pojawił się płomień. Odetchnąłem z ulgą. Dotrwam do końca tej nocy bez głupich pomysłów. − Gdzie mam ją postawić? − Świecznik stawiaj wysoko, napisali w Piśmie. Może na tym regale z książkami? − A sake? Przynieść czarkę? − Nocą sake podawaj w czarkach, napisali w Piśmie – skłamałem. Kiku, chichocząc, przyniosła sporą czarkę wypełnioną po brzegi trunkiem. − Starczy na jeszcze jedną. − Nie, tyle mi wystarczy. Wziąłem naczynie, wypiłem sake duszkiem i położyłem się na plecach. − A teraz spać. Dobranoc, Kiku. Dziewczyna leżała na plecach, pod kątem do mnie, ale trzepotała długimi rzęsami i nie wyglądała na śpiącą. Wpatrywałem się w płomień świecy na regale. To rósł, to malał, niczym żywa istota. Nagle uświadomiłem sobie przerażającą prawdę. − Strasznie krótka ta świeczka. Już się dopala. Nie masz dłuższej? − Mam tylko tę. Zamilkłem. Zacząłem się modlić. Niech sen spłynie na mnie nim ta świeca się dopali. Niech wyparuje ze mnie ostatnia czarka sake. Inaczej Kiku jest w niebezpieczeństwie. Płomyczek tlił się i tlił, coraz mniejszy, a sen nie nadchodził. Alkohol też nie ulatniał mi się z głowy, ale rozgrzewał mi ciało i dodawał odwagi. Westchnąłem. − Może ściągniesz skarpetki? − powiedziała Kiku. − Dlaczego? − Będzie ci cieplej. Posłuchałem i ściągnąłem skarpety. To koniec. Niech no tylko zgaśnie świeczka. Byłem gotowy. Płomień przygasł, potem, jakby ostatnim wysiłkiem zadrżał w lewo i w prawo, na chwilę wystrzelił jasno, a potem cicho posykując, zmalał i zniknął. Brzask blado rozjaśnił nocne niebo. Pokój stał się szary, ciemność odeszła. Wstałem i zacząłem się zbierać do wyjścia.
Osamu Dazai “Poranek”
Opowiadanie “Poranek” (Asa) opublikowane zostało w piśmie Shinshichō w 1947 roku. Jest to pierwsze polskie tłumaczenie tego tekstu, w którym czytelnik z pewnością znajdzie znajome motywy, które pojawiają się też w innych tekstach Dazaia, choćby Zmierzchu, którego nowe wydanie nakładem Tajfunów ukazało się pod koniec stycznia 2019.
Tłumaczenie: Anna Wołcyrz
Najbardziej lubię dobrą rozrywkę i nawet gdy pracuję w domu, oczekuję skrycie, że odwiedzi mnie przyjaciel z daleka. Gdy usłyszę, jak z trzaskiem rozsuwają się frontowe drzwi, marszczę brwi i zaciskam usta, ale serce skacze mi z uciechy. Pośpiesznie zgarniam zapisane kartki, żeby wyjść gościowi na powitanie.
− Ach, nie chciałem przeszkadzać w pracy!
− Nie ma o czym mówić – odpowiadam.Po czym wychodzimy razem się zabawić.
Tym sposobem jednak pisanie za nic nie posuwa się do przodu. Żeby temu zaradzić, wynająłem w tajemnicy niewielki pokój do pracy. Nawet domownicy nie wiedzą, gdzie się znajduje. Co rano, około dziewiątej, biorę przygotowany dla mnie posiłek i idę pracować do wynajętego gabinetu. Oczywiście nikt mnie tam nie odwiedza, mogę więc pisać zgodnie z przyjętym planem. A jednak popołudniami, około trzeciej, przychodzi zmęczenie, zaczynam tęsknić za towarzystwem i zabawą; czekam na odpowiedni moment, by zakończyć fragment i wracam do domu. Po drodze zdarza mi się wstąpić na oden[1] i trwonię w barze czas do późnego wieczora.
Mój gabinet.
Tak naprawdę jest to mieszkanie pewnej młodej kobiety. Codziennie rano wychodzi do pracy w banku przy Nihonbashi. Gdy przychodzę, jej już nie ma. Piszę cztery, pięć godzin i wychodzę, zanim ona wróci.
Nie jest bynajmniej moją kochanką. Znałem jej matkę, która – z pewnych powodów – zostawiła córkę samą i wyjechała na północ, do rejonu Tōhoku[2]. Czasem przesyła mi listy, w których radzi się mnie w temacie zamążpójścia córki. Spotykam się więc z kandydatami i odpisuję: tak, ten kawaler będzie dobrym mężem, popieram, jakbym sam był wielce obeznany w temacie swatów.
Zdaje mi się, że ostatnimi dniami córka woli radzić się w męskim temacie mnie, niż własnej matki.
− Kiku, wiesz, widziałem niedawno twojego przyszłego męża – mówię.
− Ach tak? Co myślisz? Trochę bufon z niego, nie uważasz?
− Cóż, taki los. W porównaniu ze mną, każdy mężczyzna wyda ci się głupszy niż jest. Przymknij na to oko.
− Pewnie masz rację.
Dziewczyna była gotowa wyjść za mąż za tego młodzieńca.
Wczoraj nie żałowałem alkoholu. Szczerze mówiąc, piję co wieczór, nie byłoby więc w tym wydarzeniu nic niezwykłego, gdyby nie to, że wracając z gabinetu, spotkałem przy stacji dawnego przyjaciela i, niewiele myśląc, zaprosiłem go na oden i sporo wypiliśmy. Gdy trunek zaczynał nam uderzać do głowy, w drzwiach stanął mój redaktor z butelką whisky w ręku i okrzykiem: „Wiedziałem, że cię tu znajdę!”. Dołączył do nas i opróżniliśmy razem butelkę. Zacząłem się poważnie martwić, że wieczór skończy się wymiotami i chorobą, i że czas już w drogę, gdy nagle mój przyjaciel zaproponował, że teraz jego kolej – poprowadził nas na pociąg i pojechaliśmy do jego ulubionej małej knajpki, gdzie postawił nam sake. Gdy w końcu żegnałem się z przyjacielem i redaktorem, z upojenia nogi odmawiały mi posłuszeństwa.
− Przenocuj mnie. W tym stanie nie dojdę do domu. Usnę tu i teraz. Proszę!
Wlazłem pod kotatsu[3] i zasnąłem od razu, w wierzchniej pelerynie.
Obudziłem się w środku nocy. Dookoła ciemność. Przez pierwsze kilka sekund, wydawało mi się, że śpię u siebie w domu. Poruszyłem palcami u stóp i odkryłem, że wciąż mam na sobie skarpetki. A niech to. Szlag!
Ach, który już raz przytrafia mi się taka historia, setny? Tysięczny?
Westchnąłem ciężko.
− Za zimno?
Usłyszałem w ciemności głos Kiku.
Spała naprzeciw mnie, po drugiej stronie rozgrzanego kotatsu.
− Nie, nie jest mi zimno.
Podniosłem się.
− Nie przeszkodzi ci, jeśli wysikam się przez okno? − zapytałem.
− Proszę. Tak będzie ci łatwiej.
− Nie mów tylko, że też tak czasem robisz.
Wstałem i przekręciłem włącznik lampy. Nie świeci.
− Nie ma prądu − powiedziała cicho Kiku.
Po omacku ruszyłem w stronę okna, ale potknąłem się, chyba o Kiku. Siedziała nieporuszona.
− Wybacz − mruknąłem pod nosem. Wreszcie wyczułem ręką zasłonę, pociągnęłam i otworzyłem okno. Po chwili usłyszałem dźwięk strumienia moczu.
− Na biurku masz tę książkę, „Księżną de Clèves”[4] − powiedziałem, wyciągnąwszy się z powrotem na dawnym miejscu. − Damy w tamtych czasach załatwiały się w pałacowych ogrodach albo w ciemnych przejściach pod schodami. To właśnie szlachta sika przez okno.
− Jeśli chcesz się jeszcze napić, przyniosę ci butelkę. Szlachta pija w łóżku, prawda?
Chciałem. Ale widziałem, że gdy wypiję, przekroczę pewną granicę.
– Szlachta nie lubi ciemności, w głębi serca to wszystko tchórze. Gdy jest ciemno, mrozi ich ze strachu. Nie masz przypadkiem świeczki? Napiję się, jeśli zapalisz świeczkę.
Kiku wstała w milczeniu. Po chwili pojawił się płomień. Odetchnąłem z ulgą. Dotrwam do końca tej nocy bez głupich pomysłów.
− Gdzie mam ją postawić?
− Świecznik stawiaj wysoko, napisali w Piśmie. Może na tym regale z książkami?
− A sake? Przynieść czarkę?
− Nocą sake podawaj w czarkach, napisali w Piśmie – skłamałem.
Kiku, chichocząc, przyniosła sporą czarkę wypełnioną po brzegi trunkiem.
− Starczy na jeszcze jedną.
− Nie, tyle mi wystarczy.
Wziąłem naczynie, wypiłem sake duszkiem i położyłem się na plecach.
− A teraz spać. Dobranoc, Kiku.
Dziewczyna leżała na plecach, pod kątem do mnie, ale trzepotała długimi rzęsami i nie wyglądała na śpiącą.
Wpatrywałem się w płomień świecy na regale. To rósł, to malał, niczym żywa istota. Nagle uświadomiłem sobie przerażającą prawdę.
− Strasznie krótka ta świeczka. Już się dopala. Nie masz dłuższej?
− Mam tylko tę.
Zamilkłem. Zacząłem się modlić. Niech sen spłynie na mnie nim ta świeca się dopali. Niech wyparuje ze mnie ostatnia czarka sake. Inaczej Kiku jest w niebezpieczeństwie.
Płomyczek tlił się i tlił, coraz mniejszy, a sen nie nadchodził. Alkohol też nie ulatniał mi się z głowy, ale rozgrzewał mi ciało i dodawał odwagi.
Westchnąłem.
− Może ściągniesz skarpetki? − powiedziała Kiku.
− Dlaczego?
− Będzie ci cieplej.
Posłuchałem i ściągnąłem skarpety.
To koniec. Niech no tylko zgaśnie świeczka.
Byłem gotowy.
Płomień przygasł, potem, jakby ostatnim wysiłkiem zadrżał w lewo i w prawo, na chwilę wystrzelił jasno, a potem cicho posykując, zmalał i zniknął.
Brzask blado rozjaśnił nocne niebo.
Pokój stał się szary, ciemność odeszła.
Wstałem i zacząłem się zbierać do wyjścia.